"Studnia w necie - to niczym faraon na skuterze" - Józek z Korfantowa, luty 2006.

Historia

  • strict warning: Declaration of views_handler_filter_user_name::value_submit() should be compatible with views_handler_filter_in_operator::value_submit($form, &$form_state) in /home/epoezjap/domains/studnia.org.pl/public_html/modules/views/modules/user/views_handler_filter_user_name.inc on line 143.
  • strict warning: Declaration of views_handler_filter_user_name::value_validate() should be compatible with views_handler_filter::value_validate($form, &$form_state) in /home/epoezjap/domains/studnia.org.pl/public_html/modules/views/modules/user/views_handler_filter_user_name.inc on line 143.
  • strict warning: Declaration of views_plugin_style_default::options() should be compatible with views_object::options() in /home/epoezjap/domains/studnia.org.pl/public_html/modules/views/plugins/views_plugin_style_default.inc on line 24.

Studnia

"Studnia" to moja audycja emitowana od 1993 roku, najpierw na antenie Polskiego Radia w Opolu, później w internecie. To także raz mniejsza, raz większa, lecz zawsze ważna grupka Przyjaciół współtworzących w ten czy inny sposób klimat tej audycji. Ostatnio ujeżdżać mikrofon pomagają mi Mutek, moja prawa ręka, który ma głos lepszy niż Jan Suzin i jest wart Suzinów z tuzin, Stiopa, moja lewa ręka i wnuk prof. Miczurina (radzieckiego naukowca, który wyprodukował taką wielką truskawkę, że jak z niej spadł, to się zabił), a jednocześnie człowiek, który chodził do tej samej szkoły, co Edyta Górniak, oraz Straszna Mary, moja marnotrawna córka, która po latach nieobecności wróciła do "Studni" i stanowi w niej niezbędny pierwiastek, za przeproszeniem, żeński. Na naszym czacie wodzi rej Aga Wro i proszę jej tam słuchać, bo to moja trzecia ręka.

W wieloletniej historii"Studni" bywały różne okresy, pokrywające się z grubsza z ewolucją moich - i moich współpracowników - zainteresowań i możliwości. Było to możliwe, gdyż "Studnia" od samego początku jest (i do końca będzie) tzw. "programem autorskim". Ostatnio, jak mi się wydaje, wyróżnia nas krytyczny stosunek do kultury masowej i pop, nie traktowanie słuchaczy jak debili i maszynek do "pozdrowień na antenie", promowanie postaw wolnościowych i niezależnych, przewaga muzyki i tematyki wschodnioeuropejskiej nad "zachodnią", nastrój pełen niepowagi oraz pełna swoboda wypowiedzi. To tak z grubsza. A jeśli chcesz bliżej i bardziej konkretnie poznać zawartości "Studni", to posłuchaj ostatnich audycji umieszczonych w archiwum mp3. A najlepiej słuchać nas na żywo. Nadajemy z domowego studia w Opolu, nadajemy non stop, przy czym główną audycję emitujemy w każdą sobotę od 20.00 aż do upadłego.

Historia

Musiało to być gdzieś na początku dziewięćdziesiątego trzeciego roku. Jeden z nocnych programów Radia Opole, w którym od kilku miesięcy pieściłem redaktorski etacik, poświęciłem polskiemu undergroundowi i anarchizmowi. Nazajutrz w radiowej furtce zderzyłem się z Piotrkiem Maślakiem, który z wypiekami na twarzy mówił, jakie to na nim zrobiło wrażenie, i że zawsze chciał robić taką mniej więcej audycję. Piotrek był w grupce młodych praktykantów, których radiowe talenty w opolskiej rozgłośni wtedy testowano.

Od słowa do słowa i audycja gotowa - na razie w naszych głowach. Ponieważ po rozgłośni kręcił się wtedy też młody Tomek Jungowski, któremu chodziła po głowie idea programu z "ostrą" muzyką, połączyliśmy siły. W ogólnym planie audycji, jaki złożyłem na biurku ówczesnego prezesa radia, Witolda Nowickiego, pierwszym punktem były "Podstawowe założenia", a tu pierwsze zdanie brzmiało następująco: "Przyciągnięcie do naszej Rozgłośni 'niezagospodarowanej' dotychczas młodzieży, której potrzeb duchowych nie zaspokaja bądź zaspokaja nie w pełni video, dyskoteka, muzyka pop itp.". Nazwę programu wyjaśniałem tak: "Taki tytuł pozwala nawiązywać do undergroundu, które to pojęcie, jak cała 'ideologia' bycia w podziemiu, ciągle jest atrakcyjne dla zbuntowanej młodzieży i nie tylko dla niej. Równie dobrze słowo to pozwala się w razie potrzeby zdystansować od owego undergroundu. Zresztą 'Studnia' to określenie bardzo pojemne, w końcu do studni można wrzucić wszystko. Można też liczyć na skojarzenie w świadomości słuchaczy tytułu z nieustannie modnym powrotem do natury, powrotem do źródeł; studnia to czysta woda, coś ożywczego, studnia to natura. Nawet jeśli komuś odbije korba, na co mechanizm studni pozwala, to zbyt gorące głowy można w studni szybko ostudzić".

W owych czasach byłem pupilem prezesa (Nowicki zaproponował mi etat dziennikarza, kiedy radio, z powodu mej niezdolności do pracy pod bronią, zwalniało mnie z posady ciecioportiera, i chyba już zawsze będę żywił podziw, że odważył się posadzić przed mikrofonem kogoś takiego, jak ja). 2 maja 1993 roku po raz pierwszy "Studnia" zadudniła na antenie. Dość szybko rozstaliśmy się z Tomkiem Jungowskim, po roku z hakiem ze współpracy ze "Studnią" zrezygnował też Piotrek Maślak. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że zarysowuje się pewna prawidłowość, która przesądzi o losach tej audycji na długie lata. Otóż z jednej strony, audycji tego rodzaju niemal nie sposób prowadzić samodzielnie. Jestem w niej w najwyższym stopniu uzależniony od ludzi, którzy zechcą mi towarzyszyć w przygotowaniach i przede wszystkim potem w studiu. Z drugiej strony, akurat do współprowadzenia "Studni" nie nadaje się żaden ze znanych mi radiowców, nie tylko w Opolu. Z trzeciej strony, "Studnia" to przede wszystkim moja audycja, a każdy pomagier jest tylko pomagierem, który wcześniej czy później poczuje się przeze mnie zdominowany. Chyba, że sam mnie zdominuje, ale taki się jeszcze nie urodził.

Po Tomku i Piotrku przez "Studnię" przewinęło się chyba z dziesięciu ich następców. Ale to oni zapoczątkowali inną prawidłowość, która też przez długie lata "Studni" towarzyszyła stając się niewyczerpalnym źródłem pocieszenia: ze wszystkimi tymi ludźmi rozstawaliśmy się w jasnych sytuacjach i w przyjaźni. Dziś przypomina mi o tym choćby nasza morda rozpoznawcza, którą stworzył kumpel Tomka, Krzysztof Pasowicz (a Tomek na pożegnanie z nami przyniósł m. in. obietnicę, że morda na zawsze będzie nasza), albo nasze stare przerywniki dźwiękowe, które nagrała sprowadzona przez Piotrka do studia kapela. Niestety, tradycja rozstań w przyjaźni została po latach przerwana, ale i tak po wszystkich tych bywalcach "Studni" została kupa dobrego.

Nigdy nie interesowała mnie wewnętrzna "polityka" Polskiego Radia w Opolu ani nieustanne przetasowania w jego spartaczonym łonie. Najlepiej wspominam te okresy współpracy z radiem, kiedy nie widywałem się za często z jego Prezesami i Wicedyrektorami Do Spraw Bardzo Ważnych - znaczyło to po prostu, że wszystko idzie swoim torem, jak trzeba. Nie zawsze jednak udawało mi się do końca być nieświadomym tego, co się wokół dzieje. Bodajże na początku 94 roku na fotel Wiceprezesa i Dyrektora Programowego zarazem trafił polityczny odrzut lokalnych układów, Stanisław Gruszecki nigdy wcześniej nie mający z radiem nic wspólnego. Zbuntowała się przeciw niemu cała dziennikarska barć strzegąca swych miodnych produktów, zaś jedynego obrońcę znalazł ów dyletant w prezesie Nowickim. Ja po kilku rozmowach z Gruszeckim oficjalnie odmówiłem kontaktów z nim. Z wojną na górce zbiegło się w czasie skrócenie "Studni", która tymczasem stała się ulubioną audycją mrowia okolicznych popaprańców.

Kiedy w nowej "ramówce" "Studni" w ogóle nie uwzględniono, prawdopodobnie zresztą tylko przez przypadkowy błąd Gruszeckiego, spróbowaliśmy z Piotrkiem ucieczki do przodu i zamiast samokrytyki złożyliśmy samopochwałę: "Ponieważ dane dotyczące tzw. słuchalności oraz ocen tej audycji, będące wynikiem profesjonalnych badań, p. Gruszecki określa jako 'strategiczne i tajne', dokonując samooceny zmuszeni jesteśmy polegać na własnych obserwacjach (...). Niezmiernie ważne wydaje nam się, aby programu "Studni" nie przerywać wiadomościami ani reklamami. (...) Prosimy o przywrócenie pierwotnego czasu trwania audycji lub nawet przedłużenie go" itp. O ile mnie pamięć nie myli, to wtedy wyklarowała się najdłużej obowiązująca pora emisji "Studni": od 21.45 do 23.30.

Kolejny wzrost zimnowojennego napięcia nastąpił w grudniu 95 roku, a powodem stał się incydent zupełnie innego rodzaju, kiedy zaproszony do "Studni" lekarz omal nie dostał na antenie zawału, a potem długo nie mógł trafić w drzwi windy. Pisma, dotychczas nieoficjalne i składane na biurku prezesa tylko dla większej czytelności propozycji, zaczęły przechodzić przez biuro podawcze i dzięki pieczęciom nabrały niesłychanej powagi. W piśmie z 13 listopada Prezes Witold Nowicki informował: "Na podstawie art. 108 Kodeksu pracy udzielam Panu kary upomnienia za naruszenie podstawowych obowiązków pracowniczych, tj. za naganne wykorzystanie anteny Radia Opole w Pana autorskiej audycji Studnia w dniu 29 października b. r. dla przedstawienia m. in. Pana osobistych pretensji (...) personalnie dotyczących m. in. zaproszonego do udziału w audycji pana doc. Janusza Kubickiego. Miało to wpływ na wysnucie nieobiektywnych wniosków w trakcie programu, a w konsekwencji naruszyło dobre imię naszej rozgłośni". 23 listopada, szczególnie poruszony numerem artykułu (krisznowską kapelę "108" dość często puszczaliśmy w "Studni") odpisałem Nowickiemu: "Oczywiście fakt, iż p. Janusz Kubicki dość regularnie kłamał ostatnimi czasy na antenie Radia Opole można uznać za element 'ustalonego porządku', o którym mówi art. 108, § 1 Kodeksu pracy, jednakże w tym przypadku naruszenie tego porządku wydało mi się dziennikarską powinnością (...). Nie wiem, czy audycja ta istotnie naruszyła dobre imię naszej rozgłośni, wiem natomiast, że naruszyła jej z ł e imię". 2 grudnia Nowicki odpisał mi: "(...) przypominam, że uzasadnienie udzielenia Panu upomnienia przekazałem w rozmowie, podczas której nie kwestionował Pan ani motywacji ani zapowiedzianej kary. W tej sytuacji przyjmuję, że Pańskie odwołanie ma charakter czysto formalny". 15 grudnia odpisałem Nowickiemu: "Myli się Pan twierdząc, że w rozmowie poprzedzającej udzielenie mi upomnienia nie kwestionowałem motywacji tej kary. To ja Panu przypominam, że motywację tę kwestionowałem (...). Ponieważ się nie rozumiemy i ponieważ rozumiem, że Pańskie upomnienie ma charakter czysto formalny, nie podtrzymuję swojego sprzeciwu. Co to zresztą za kara, z której jestem dumny". Tegoż 15 grudnia skierowałem do Nowickiego jeszcze jedno pismo, w sprawie nieszczęsnych serwisów informacyjnych przerywających audycję: "Dlaczego wbrew dokonanym ustaleniom serwisów (...) nie stanowią wiadomości tematycznie związane z treścią 'Studni'? (...) Czy mam rację sądząc, że lekceważy Pan ten tak istotny dla mnie i słuchaczy problem (...)?" Nowicki odpowiedział mi jeszcze tego samego dnia: "W związku z uzyskaniem przez Pana karty mikrofonowej kategorii 'U' która nie uprawnia do prowadzenia programów na żywo zobowiązuję Pana do przygotowywania, na taśmie, ze skutkiem od 24 XII 1995 roku prowadzonych przez Pana programów (...). Program należy przedstawić wydawcy pasma do zaakceptowania w dniu poprzedzającym dzień emisji". Odpisałem Nowickiemu 19 grudnia: "Ok. półtora miesiąca temu (...) informując o przyznaniu mi karty mikrofonowej kategorii 'U' podkreślał Pan również, że kategoria ta wcale nie wyklucza prowadzenia programów 'na żywo'. Późniejsza praktyka zdaje się to potwierdzać: (...) przecież w ciągu następnych tygodni prowadziłem i prowadzę aż do dziś audycje 'na żywo'. Co spowodowało tę nagłą zmianę interpretacji kategorii karty mikrofonowej?" Jak widać, sprawy stały już na ostrzu noża. W stępieniu tego ostrza pomogła nieoceniona Ewa Lubowiecka (tzw. wydawca pasma wieczornego, czyli osoba odpowiedzialna za program w porze emisji "Studni"), która już od dawna brała na siebie trudną rolę mediatora w konfliktach z Dyrekcją. "Studnia" ocalała, a jej stałym bywalcem nr 1 stał się Sławek Ostrowski.

To złoty okres naszej historii. Ja okrzepłem i już nie byłem dziennikarskim nowicjuszem, Sławek wyrabiał się przy moim boku, tematy znajdowały się same, słuchacze na klęczkach tkwili przy głośnikach... Ostateczny krach nastąpił - tu już i mediacje pani Ewy nie pomogły - niemal dokładnie na pięciolecie "Studni", na przełomie kwietnia i maja 1998 r. Od dawna już przekonywałem Nowickiego, że "Studnię" trzeba przedłużyć, ale on bardzo chciał zostać prezesem na kolejną swoją kadencję i akurat pozostawał w gorączkowym okresie przedwyborczym, zatem nie chciał podjąć decyzji przyjaznej wobec tak "kontrowersyjnej" audycji. Do tego stopnia, że w sporach ze mną zaczął się posuwać do kłamstw, zatem - jak zawsze w sytuacjach, w których pewien jestem swych racji - postawiłem ultimatum: albo radio spełnia moje żądania, albo spadam, a "Studnia" razem ze mną. Nowicki wybrał walkę o kolejną kadencję i większą emeryturę, w związku z czym mogłem z czystym sumieniem trzasnąć drzwiami.

Fragmenty najpiękniejszych listów pożegnalnych, jakie później mnie zasypały, możecie przeczytać tutaj. Sądziłem, że pożegnałem się z radiem na zawsze. Tymczasem Nowickiego nie wybrali na kolejną kadencję, a cykl zmian warty na najwyższych stolcach radiowych odciskał się odtąd i na moim życiorysie znacząc go ciągiem powrotów do radia i kolejnych trzaśnięć drzwiami. Najpierw zaprosił mnie do mini-powrotu następca Nowickiego, prezes Janusz Maćkowiak. Zaproponował mi krótką, dobrze płatną audycyjkę na tematy literackie. Odpowiedziałem, że wolałbym długą, źle płatną "Studnię". Tak też się stało, "Studnia" wróciła na antenę. Ale w mocno zmienionej postaci. Już pod koniec "złotego okresu" coraz wyraźniej czułem potrzebę zmian. Spróbowałem rozluźnić więzy zbyt mocno łączące "Studnię" ze środowiskiem punkowym, obiegiem fanzine'owym i tzw. sceną niezależną. Przestały mnie podniecać dyżurne tematy tych kilku lat: obrona przed skinheadami i policją, koncerty i manifestacje, nadużycia kleru etc. Przede wszystkim zapragnąłem trafiać bardziej do słuchaczy dorosłych, niż do młodzieży. Zapoczątkowane wówczas poszukiwania nowych obszarów do spenetrowania i nowych rodzajów ekspresji, właściwie do dziś się nie zakończyły. Ale wtedy nastał najczarniejszy okres "Studni".

Nowe szlaki nie były jeszcze jasno wytyczone. Przygotowywanie audycji w domu okazało się o wiele trudniejsze, niż kiedy byłem etatowym dziennikarzem i miałem pod ręką cały arsenał środków potrzebnych w pracy radiowca. Zmuszony zarabiać na życie innymi sposobami, nie mogłem poświęcać audycji tyle czasu, ile by należało. Porę emisji mieliśmy bardzo późną, od 23.05. Sławek załamywał się obniżającym się poziomem programu, który jechał w dużym stopniu na odcinaniu kuponów od dawnej sławy. Kroplą, która przepełniła koryto goryczy, była podjęta przez Maćkowiaka, wbrew naszym wcześniejszym ustaleniom, decyzja zakazująca nagrywania w wyjątkowych wypadkach audycji do odtworzenia z taśmy. Ponieważ z rzadka zarabiałem w weekendy gdzie indziej, niż w radiu, dużo większe pieniądze, a pasa nie dawało się już bardziej zacisnąć, trzasnąłem drzwiami po raz drugi.

Mijały lata, po wiośnie następowała jesień, jelenie zrzucały poroża, a młyny Boże cierpliwie mełły. Maćkowiaka zastąpił prezes Nierenberg, dyrektorem programowym został Andrzej Russak i ponownie zaproszono mnie do radia. Z Andrzejem, moim byłym kolegą radiowym, współpracowało się dobrze, ale krótko. Którejś nocy prowadząc "Studnię" dowiedziałem się nagle od realizatora, że muszę się streszczać, bo za chwilę nadawana będzie powieść w odcinkach. Żeby za dużo nie wymyślać, zacytuję znowu pismo, tym razem z 12 lutego 2003 r.: "Kiedy w trakcie audycji 12 stycznia dowiedziałem się od realizatora dźwięku, że jest ona krótsza o 10 minut, sądziłem, że to niedopatrzenie. Kiedy jednak podczas audycji 26 stycznia dowiedziałem się od realizatora, że także o 23.50 mój program przerywa odcinek powieści, skracający go o kolejne 10 minut, zrozumiałem, że to po prostu chamstwo. (...) Pomysł nadawania o 23.50 oraz 0.50 radiowych powieści w odcinkach jest, proszę mi wybaczyć szczerość, pomysłem kogoś, komu urwało rozum. (...) Nawet w czarnych dniach Rozgłośni, kiedy funkcję szefa programowego pełnił Stanisław 'Grucha' Gruszecki, pomysły tak kuriozalne należały do rzadkości. Oczywiście nie poprowadzę już swojej audycji, o ile przerywające ją odcinki powieści nie zostaną wycofane z emisji". Oczywiście powieść zatriumfowała ("Na wycofanie odcinków powieści nas nie stać. Ich emisja przekłada się na pieniądze z abonamentu dla całej rozgłośni. Za propozycję sprzedaży monitorów komputerowych i windy dziękujemy, ale nie skorzystamy") i mogłem po raz trzeci odprawić rytuał trzaśnięcia drzwiami.

Mijały jesienie, młyny mełły jelenie i pewnego dnia zadzwonił do mnie następca Russaka, nowiutki dyrektor programowy Krzysztof Dzięciołowski. Okazało się, że razem z Andrzejem znikły powieści w odcinkach i złote wrota Polskiego Radia w Opolu znów stoją dla mnie otworem. Po okresie względnego spokoju rozpoczęła się Druga Wojna Studniowa. Najpierw doszło do pierwszej w historii "Studni" judaszowej próba puczu! Sławuś Ostrowski tak bardzo chciał się mnie pozbyć i przejąć władzę, że napisał na mnie donos do dyrekcji, w efekcie którego bez żalu został wyrzucony z radia, do którego może dziś jeszcze wysyła pisma strasząc sądem. Potem nie mogłem się dogadać z nowym dyrektorem programowym Tomaszem Drabotem (podczas pierwszej rozmowy zapytał mnie, czy pracuję nad dykcją, a ja jego, czy walczy z nadwagą :-). Nieco później prezes Nierenberg odmówił przeniesienia "Studni" na wcześniejszą godzinę, mianując się, he he he, stróżem moralności (pretekstem jak zawsze były szkodliwe dla niewinnych uszu słuchaczątek wulgaryzmy, które podobno o 20.05 są o wiele bardziej demoralizujące niz o 23.05). Już trzymałem, jak najbardziej dosłownie, rękę na klamce, żeby odprawić tradycyjny ceremoniał pierdolnięcia drzwiami, kiedy dyr. Drabot, który zdążył stać się wielbicielem "Studni", znalazł salomonowe wyjście: "Studnia" o godz. 22! I tak ją nadawałem przez dłuższy czas, a z jego upływem rozpoczął się platynowy okres w historii tej audycji.

Chyba znalazła swoją nową twarz, w dużym stopniu dzięki nowym wynalazkom, jakimi okazali się Stiopa i Mutek. Ci szlachetni, bezinteresowni, prawi, odważni, bezkompromisowi i twórczy młodzieńcy nie tylko pomagali mi prowadzić audycję, ale też wspólnie z Laskoszczakiem otworzyli mi oczy na nową rzeczywistość medialną, w jaką wszyscy żeśmy wdepnęli - to znaczy zrobili stronę "Studni" w necie, nauczyli mnie, co to jest czat i jak klikać myszką, żeby spaprać wszystko. Sielanka trwała, jelenie mełły, prezesi zrzucali poroża, aż prezesem Polskiego Radia w Opolu został Marcin Palade. Ten to się chyba co tydzień spowiadał, że na froncie, na który wysłał go LPR, wciąż trwa na swoim przyczółku "Studnia". Trzecia Wojna Studniowa była nieunikniona. Trwała mniej więcej tyle, co obrona Westerplatte i zakończyła się podobnym wynikiem (rolę pancernika "Schleswig-Holstein" odegrał nowy dyrektor programowy, Piotr "Więcej Pokory" Moc). Bardziej szczegółową historiografię tej wojny znajdziecie na naszym forum w wątku "Larum na forum?". W jej efekcie, dzięki bohaterskiej postawie Mutka, Stiopy, niżej podpisanego i rzeszy anonimowych wspomożycieli, a także dzięki pomocy Bizona i Stacha z radia Echoscena błyskawicznie przeszliśmy do partyzantki w internecie. Od października 2008 aż do dziś możecie nas słuchać tylko tu. I to na razie tyle. Życzymy dobrego odbioru i miłej klawiatury.

Jacek Podsiadło